Rozmowa z Wojciechem Makaciem z 19.10.2016 r.

Poznałem Jana Kaczkowskiego 1 września 1984 r. na rozpoczęciu roku szkolnego w Szkole Podstawowej nr 3 w Sopocie i tak rozpoczęła się nasza przyjaźń. Gdybym miał opowiedzieć o ulubionych miejscach, to mapa Jana mogłaby wyglądać tak. Jako pierwszy punkt wymieniłbym Kamienny Potok, gdzie spędzaliśmy wspólnie czas, w szkole, pod szkołą, w lesie czy na pobliskim cmentarzu, tam też był nasz kościół parafialny Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wspominam dobrze ks. Pawła Pierzchałę, u którego przystępowaliśmy do I komunii. Kolejny punkt to III ŚLO na osiedlu Brodwino, gdzie chodziliśmy do jednej klasy. Pamiętam, że w szkole młody Jan był lubiany, nikt mu nie dokuczał, chodził na imprezy, ale bywał także przemądrzały. My nie kwestionowaliśmy autorytetów, byliśmy po prostu grupą inteligentnych młodych ludzi, którym się wydawało, że wiedzą. Miejscem, w którym wspólnie bywaliśmy w Sopocie, był także bar „Elita” na ul. Podjazd ze słynnym panem Stasiem. Myśmy tam spędzali naprawdę dużo czasu, szło się do „Elity” i zawsze ktoś tam siedział. Ważnym miejscem dla Jana i dla nas był także domek letniskowy rodziny Kaczkowskich w Kamieniu, w którym często odbywały się spotkania i imprezy. 
Z Janem rozmawialiśmy o życiu głównie. Nigdy nie odbyłem z nim rozmowy jak z księdzem oprócz jednej, kiedy spowiadał mnie przed moim ślubem, którego także mi udzielał. Nie traktowałem go jak księdza, tylko jak przyjaciela. Już później mieliśmy ważne rozmowy, podczas których Jan opowiadał o trudnościach pracy w hospicjum, o pacjentach, którym towarzyszył w śmierci, wtedy po prostu potrzebował wsparcia.
 
Pamiętam wspólną wakacyjną podróż pociągiem, podczas której objechaliśmy dookoła Europę. Zwiedzaliśmy, jedliśmy, piliśmy wino. Jan lubił podróże: pojechał do Maroka z Piotrem Szelągiem, autem do Albanii i Czarnogóry, był też w Australii, gdzie kwestował na hospicjum, i w Stanach Zjednoczonych na zaproszenie tamtejszej Polonii.
Najważniejszymi miejscami w Pucku były dla Jana: hospicjum, szkoła i szpital. Pełnienie funkcji kapelana w szpitalu dla młodego księdza było moim zdaniem doświadczeniem niezwykle trudnym, gdyż była to potwornie obciążająca praca. Praca w szkole była dla Jana bardzo ważna. Podchodził do uczniów z wielkim szacunkiem i zaangażowaniem, obchodził go ich los także poza szkołą. Kilku z nich udało mu się wyciągnąć z narkotyków. Pomóc w życiu. Sponsorował wycieczki uczniów i wolontariuszy z hospicjum do Rzymu. Rzym był bardzo ważne miejscem dla Jana Kaczkowskiego. Lubił Rzym, bywał tam często, jadał ulubione dania kuchni rzymskiej na Zatybrzu.
Tworzenie hospicjum otworzyło Jana na ludzi, nauczył się rozmawiać z każdym, co było bardzo pomocne zarówno w trakcie budowy, kiedy kwestował w całej Polsce, jak również w całej późniejszej pracy i działalności kaznodziejskiej księdza Kaczkowskiego. Kolejne miejsce to Kraków, z którym Jan był bardzo związany nie tylko rodzinnie, ale także w swej pracy. Studiował w Krakowie, głosił czasem kazania, między innymi w kościele Ojców Dominikanów. W byciu księdzem uderzała pewna dwoistość w jego postawie: Jan z jednej strony bardzo szanował liberalne środowisko „Tygodnika Powszechnego”, a z drugiej najbardziej cenił kościół tradycyjny i gdyby mógł, najchętniej odprawiałby mszę w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, czyli w formule sprzed Soboru Watykańskiego II.