Spotkanie z KD w dniu 23.11.2016 r.

Jan mówił do nas „synek” numer jeden, dwa, trzy... Miał nas kilku „synków”. Poznałem Jana na katechezie w tzw. „Oxfordzie” (Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Pucku). Wszyscy, którzy się do czegoś nadawali, szli do liceum, reszta do „Oxfordu”. Było nas w klasie 23 chłopaków. Wielu z nas brało narkotyki, paliło marihuanę, jadło grzybki. Na początku ksiądz był obiektem drwin, nikt nie traktował go poważnie. Staraliśmy się wyprowadzić go z równowagi. Gadaliśmy, graliśmy w karty, a on na każdą lekcję przychodził przygotowany i starał się ją jak najlepiej prowadzić. Mówił, że musimy mieć jakiś cel w życiu. Pytał, gdzie siebie widzimy w przyszłości – nikt nigdy wcześniej tak z nami nie rozmawiał. U mnie w domu się nie rozmawiało o takich sprawach. W ogóle się nie rozmawiało
 
Stopniowo zaczęliśmy go trochę słuchać, on miał poczucie humoru, dystans, mówił jasno, co mu się podoba, a co nie. Mówił do nas „ogry”. A jak już się wszyscy przekonali do Jana, zaczął nas pytać, czy może nam jakoś pomóc. Czy wierzymy? Pierwszy raz w życiu poczuliśmy, że ktoś nas słucha, stara się z nami porozmawiać, i doceniliśmy to. Jan starał się nam pomóc i pomógł. Budował zaufanie. Miał indywidualne podejście. Chciał nam pokazać, że można w życiu coś robić. Jan chciał nam zastąpić ojca i dla mnie był jak przyjaciel i ojciec.
Ja za młodu byłem strasznym skurwielem, strasznym! Wychowałem się na małym wojskowym osiedlu. Trzymałem z tymi złymi, bo mi imponowali. Siedzieliśmy pod blokiem w totalnej beznadziei i nie mieliśmy żadnego pomysłu, na to, co zrobić ze swoim czasem. Zacząłem brać z kilku powodów: ojciec typu „mebel”, był to był, jak pił, to było źle; żeby uciec od beznadziejnej rzeczywistości, żeby zaszpanować, mieliśmy bardzo łatwy dostęp do narkotyków. Chciało się czegoś więcej, więc też sprzedawałem, jak Jan mnie na tym złapał, to się tłumaczyłem, że nie sprzedaję dzieciakom, na co on powiedział: „Każda kurwa znajdzie usprawiedliwienie. Powie, że nie sprzedaje, tylko podtrzymuje antyczną tradycję”. Trochę się głupio poczułem, ale niedługo potem, podczas nalotu policji w szkole, podrzuciłem koledze narkotyki do plecaka. Nic się nie stało. A ja dalej robiłem swoje.
Jan potrafił zadzwonić w piątek o 17.00, pytając, co robię. „A co tu, k…., można robić?” I wtedy on przyjeżdżał i zabierał mnie do McDonalda albo do kina. On nie oczekiwał niczego w zamian. Lubił pomagać, to było zajebiste w Janie, że on nigdy nikogo nie skreślał, nie krytykował. Starał się znaleźć sposób, żeby mnie zachęcić do robienia czegoś. Opowiadał na przykład, że „mamy taki fajny projekt, że jeździmy po domach i pomagamy, tym, którym nikt inny nie pomoże”. I pomagaliśmy. 
W tym czasie paliłem marihuanę przez cały czas. Paliłem przed każdą maturą, ale zdałem. Potem zacząłem brać LSD. Brałem coraz więcej, codziennie przez 2 miesiące. Z nikim się nie spotykałem, nikogo nie potrzebowałem. Do domu wpadałem jak do hotelu, nic nie robiłem, tylko ćpałem. Włączył mi się tryb „nieśmiertelny” – byłem przekonany, że nikt nie może mi nic zrobić. 
No i wpadłem. Najpierw złapali jakiegoś chłopaka z gramem marihuany ode mnie, a potem złapali mnie, ale wypuścili. Po aresztowaniu straciłem pracę, postanowiłem, że sprzedam jeszcze trochę, spłacę długi i skończę z tym. Dalej jednak paliłem i brałem piguły. W tym czasie spotkałem się z Janem i po tej rozmowie postanowiłem pójść do wojska. Zdałem psychotesty, dostałęm bilet na 26 sierpnia, a 23 złapali mnie po raz drugi. Wracałem w nocy z dyskoteki z półwyspu rowerem, zatrzymali nas do rutynowej kontroli. Byłem pewien swego, bo już tyle razy mi się udawało. Wszyscy wiedzieli, że handluję, ale nigdy nie mogli mnie złapać za rękę. Ale tym razem miałem pecha – policjant, z którego wcześniej się wyśmiewałem, postanowił się zemścić, ktoś doniósł mu, gdzie zwykle trzymam narkotyki. Trzymałem je w zawsze w majtkach, przekonany, że nikt tam nie sięgnie. A on sięgnął! Zostałem zatrzymany w areszcie śledczym w Wejherowie na 3 miesiące. To był dla mnie straszny, straszny szok! Wreszcie coś do mnie dotarło! Groziło mi 5 lat więzienia.
Siedziałem tam z samymi osłami, skazanymi za wymuszenia, haracze, handel narkotykami. Dzięki temu, że trafiłem do więzienia, musiałem przestać brać. Ze strony współwięźniów nie spotkało mnie nic złego, umiałem sobie poradzić. Ale psychicznie byłem załamany. Wiedziałem, że zawiodłem siebie, mamę, Jana.
 Tam dopiero miałem czas na przemyślenia. Jan mnie wtedy nie zostawił. Mimo że go strasznie zawiodłem, napisał do mnie list do aresztu. Codziennie obiecywałem sobie, że zrobię wszystko, żeby stąd wyjść. Jan przyszedł mnie odwiedzić. Na widzeniu wziął mnie za rękę, mówiłem, żeby tego nie robił, że będę skończony, ale on się tym nie przejmował. Okazał mi ogromne wsparcie, mimo że był zły, iż go zawiodłem. Wyszedłem dzięki jego poręczeniu. To była dla mnie jakby druga matura, tylko ważniejsza, bo o życie. Po wyjściu szukałem pracy, Jan starał się mi pomóc. Spotykaliśmy się co tydzień. Jan mówił: „Nic nie jesteś mi winien – a to, co teraz zrobisz sam ze swoim życiem, zależy tylko od ciebie”. Wyjechałem do Anglii, pracowałem na dwa etaty, było mi bardzo ciężko, ale jakoś udało się spłacić długi. Potem wróciłem, złożyłem papiery na studia. Zacząłem pracę w gastronomii, byłem managerem restauracji w Karwii, dobrze sobie radziłem, dobrze zarabiałem, ponieważ nie płaciłem ani za jedzenie, ani za pokój, wystarczało, że pracowałem przez pół roku. Drugie pół roku utrzymywałem kontakty z Janem, na przykład dzwonił do mnie i mówił: „Wiesz, że jestem ślepy, a chciałbym pojechać na rekolekcje do Wilna, pojedziesz ze mną?” I jechaliśmy, albo na wyjazd do Rzymu – Jan organizował go dla dzieci, których rodzice zmarli w hospicjum. W restauracji w Karwii miałem stałych klientów, jeden z nich pewnego razu zaproponował mi pracę. Dobrą, w prestiżowej firmie. Zadzwoniłem do Jana z pytaniem, co robić, bo na początku nie byłem do końca przekonany, a on poradził, żeby zaryzykować. Ostatecznie dostałem pracę w innym dziale tej samej firmy. Zostałem szefem serwisu. Dalej wyjeżdżaliśmy z Janem na wakacje, na przykład do Paryża, Amsterdamu, choć już rzadziej, bo obaj dużo pracowaliśmy. Spotykaliśmy się na Areopagu, w Chałupach, przyjeżdżał do nas do domu. Jan był już o mnie spokojny, zajął się sobą, hospą. Ja poznałem dziewczynę, zamieszkaliśmy razem, urodziła się nam córeczka, której imię wybraliśmy z Janem, po jego ulubionej cioci. I wtedy zachorował. Chronił nas przed wiadomościami o swoim stanie. Kiedy go odwiedziłem w szpitalu i mówiłem, że boję się, że go stracę, on mnie pocieszał. Był dla mnie bardzo ważny. Ciągle miałem nadzieję, że będzie cud, że wyzdrowieje. Ostatnią wolą Jana było żebyśmy ja, Krystian i Patryk nieśli jego trumnę. Teraz jestem szczęśliwy, mam żonę, dziecko, mieszkanie, dobrą pracę. Udało mi się.