Rozmowa z Filipem Kaczkowskim w dniu 17.10.2016 r.

„Jan cały czas parł do przodu”.
 
Najwcześniejsze wspomnienie dotyczące mojego młodszego brata jest takie, że po przyjeździe ze szpitala był tak pomarszczony. Mówiliśmy na niego „dziadek”. Mały Jan albo się bawił, albo liczył pociągi. Najlepszym przyjacielem Jana w dzieciństwie był Kuba. Jak Anioł Stróż chronił go, wręcz trzymając za kaptur podczas przechodzenia przez ulicę. Z powodu słabego wzroku Jan jako dziecko miewał rozmaite drobne wypadki, ciągle na coś wpadał. Dzieciństwo Jana to Kamienny Potok: droga przez cmentarz na religię, koledzy z różnych środowisk, najgorsza w Sopocie szkoła podstawowa i związane z nią anegdoty. Między innymi o tym, jak poproszony o przeczytanie zadania domowego z pamięci przeczytał wypracowanie, a także o tym, jak nie chcąc odrabiać lekcji w domu, powiedział nauczycielce, że z powodu wady wzroku nie wolno mu odrabiać zadań domowych (zaskoczona mama dowiedziała się o tym na wywiadówce od nauczycielki). Magda, nasza siostra, starsza od Jana tylko o dwa lata, nie miała z nim łatwo. Walczył o równe ze starszym rodzeństwem przywileje. Magda mogła wieczorem wyjść z pokoju pooglądać filmy „dla starszych”, dopiero jak Jan zasnął, inaczej jej pilnował i tupał nogą. Pamiętam, jak będąc w 4 lub 5 klasie na obozie narciarskim w górach z dumą pochwaliłem się będącemu tam księdzu, że mój brat będzie księdzem. – A ile ma lat? – zapytał ksiądz. Odpowiedziałem, że sześć. Zawsze mieliśmy dobry kontakt. Często odwiedzałem brata w seminarium. Podczas tych spotkań naszym głównym tematem były przywiezione czekoladki. Pamiętam wyjazd Jana z klerykami z seminarium do Chorwacji starym kamperem, który zepsuł się już pod domem, potem pod Bydgoszczą, potem przy granicy, ale do Chorwacji i tak dojechali. Podróże były wielką pasją Jana. Odwiedził między innymi Albanię, Gruzję, Armenię, Stany Zjednoczone, Australię, a także dojechał pociągiem do Maroka. Kochał kuchnię. Zdaniem Jana najpiękniejszym polskim słowem jest polędwica.
 
Pamiętam niełatwe początki posługi kapłańskiej brata po seminarium, trudny start w Pucku, wybór posługi kapelańskiej w szpitalu z własnej woli, potem naukę religii. Wyobraża sobie pani – ksiądz w sutannie, potykający się, w zawodówce w Pucku! No, ale że był to „prawdziwy ksiądz z krwi i kości!”, to udało się. Na początku Jan wraz z grupą osób tworzył hospicjum domowe. Jakimś rozpadającym się tarpanem jeździł po okolicznych wsiach, szukając chorych w domach, odnajdując ich niekiedy w strasznych warunkach i pokonując opór nieufnej rodziny, starał się pomagać. Wrastając w niełatwe środowisko miejscowych Kaszubów, Jan nauczył się języka kaszubskiego, żeby móc lepiej spowiadać swoich wiernych.
 
A potem, dzięki determinacji Jana, grupy zapaleńców, przyjaciół i pomocy rodziny, ruszyła budowa hospicjum stacjonarnego. Jan cały czas parł do przodu! Budowa hospicjum to było pełne szaleństwo. Na początku to był zupełny freestyle. Jan dbał o każdy szczegół, od projektu przez wykończenie wnętrz aż do zatrudnienia odpowiedniego personelu. Zależało mu, aby przyciągnąć do hospicjum młodych ludzi, angażował swoich uczniów. Dbał o komfort pacjentów do tego stopnia, że zadbał o to, aby panie pracujące w hospicjum nie stukały obcasami o podłogę. 
 
Zrobienie przez Jana prawa jazdy to był cud. Kolejny cud w jego życiu! Cud, że się urodził, cud, że przeżył, że udało się go Mamie na tyle zrehabilitować, że był pełnosprawny, że widział, funkcjonował, cud, że przyjęli go jednak do seminarium. Prawo jazdy – cud, że zdał i nikomu krzywdy nie zrobił. Samochód był niezwykle ważny dla Jana, ceniącego sobie niezależność, pierwszy dostał od Ojca, kolejny, zwany „królową lawet”, używane renault, ode mnie i mojego wspólnika.